"W krainie kota" - читать интересную книгу автора (Terakowska Dorota)

Rozdział trzeci

Lecieliśmy. Ja, Jonyk i Kotyk, trzymając się mocno za ręce… za ręce? Dziecko malutką piąstką obejmowało z całej siły mój serdeczny palec, a drugą ściskało grubą łapę Kotyka. I naprawdę lecieliśmy, bo czułam to po ruchu powietrza. Nie, to był potężny, mocny wir! Huragan! Cyklon! I na jego skrzydłach, w mrocznej, groźnej ciemności, lecieliśmy w nieokreśloną przestrzeń. Tak, gdyż skądś wiedziałam, że wokół nas rozciąga się potężna, nieskończona przestrzeń.

„Wszechświat?” – pomyślałam.

Gęsty mrok wokół, gdy już oswoiłam się z tym, że naprawdę lecimy, okazał się nie aż tak strasznie mroczny. Teraz dostrzegłam, lecąc, że mijamy ciemniejsze i jaśniejsze punkty. Te jaśniejsze przypominały gwiazdy, za to niektóre z ciemnych miały czerń tak niewyobrażalnie głęboką, że musiały to być przeczuwane przez astronomów, choć nigdy nie dostrzeżone, sławne czarne dziury.

„Wessą nas i zatrzymają na zawsze” – pomyślałam z lękiem, lecz Dziecko uspokajająco ścisnęło mój palec.

Nie wiem, jak wyglądałam, lecąc, ale Jonyk sprawiał wrażenie, że płynie, tyle że nie w wodzie, lecz w próżni. Za to Kotyk prezentował się wprost fantastycznie: jego gęste futro falowało, ogonem zaś poruszał jak żaglem na wietrze. I chyba urósł. Gdyby stanął na tylnych łapach, byłby równy mi wzrostem. Podejrzewałam też, że tylko on zna drogę…

… drogę? Przecież tu nie było żadnej drogi! A jednak… Bardzo wyraźnie czułam, że lecimy KU CZEMUŚ i że to coś jest coraz bliżej. Gnający nas huragan zaczął słabnąć i wydało mi się, że wraz z nim łagodnie skręcamy w jakimś określonym kierunku. I rzeczywiście: po chwili wpłynęliśmy do wąskiego, czarnego jak bezgwiezdna noc tunelu, który po kilkunastu minutach – a może godzinach?! – wprowadził nas do niewielkiej sali.

Sala miała nie więcej niż pięćdziesiąt metrów kwadratowych, prawie tyle, ile nasz living room, lecz jej sufit znajdował się tak wysoko, że w ogóle go nie widziałam. A może go nie było? W komnacie nie było też żadnych mebli, jej cztery ściany zaś były czterema gigantycznymi, kryształowo czystymi lustrami.

Teraz Kotyk uwolnił swoją łapę z piąstki Dziecka i zaczął obchodzić lustra, uważnie im się przyglądając. Dziecko zaś pływało – tańczyło? – po komnacie, interesując się wszystkim naraz i całkowicie zdając się na Kotyka. Ja stałam na środku tego tajemniczego pomieszczenia i z niepokojem obserwowałam poczynania zwierzaka. Już wiedziałam, że to on jest naszym przewodnikiem i – opiekunem. Od niego zależy, co się z nami stanie w tym nieznanym miejscu.

Kotyk wolno, lecz czujnie obchodził wszystkie ściany komnaty. Cztery lustra wydawały się być zwyczajnymi, choć ogromnymi zwierciadłami. Odbijały po prostu nas: tańczące Dziecko, mnie śledzącą Kotyka i samego Kotyka, łażącego pozornie bez celu wzdłuż zwierciadlanych ścian.

Nagle jedno z luster rozjarzyło się i obraz uległ zmianie. Już nie był odbiciem komnaty, lecz ukazywał jakąś bezkresną przestrzeń. W tej przestrzeni migotały jasne plamy różnej wielkości i ciemniały mroczne, gęste punkty. Zrozumiałam, że lustro pokazuje kosmos. A w każdym razie tę samą przestrzeń, z której wpłynęliśmy do tunelu. Kotyk, zniechęcony, spojrzał leniwie na obraz i minął go, kierując się ku kolejnej lustrzanej ścianie.

Po chwili rozjarzyła się i ona. Zobaczyłam, że Dziecko utkwiło w niej zaciekawione niebieskie oko, bo tym zielonym spoglądało już na ścianę trzecią. Trzecia była jednak ciągle martwa. Za to w tej drugiej rysował się jakiś kształt. Powoli, niesłychanie wolno, jakby walcząc z niepojętymi przeszkodami, ów kształt przybierał znajomy mi zarys. Wpatrzyłam się – i pomyślałam, że chyba widzę gigantycznego, świetlistego Ptaka. My w trójkę byliśmy najwyżej wielkości jego jednego pazura…

I nagle skojarzyło mi się zdanie, które wypowiedział zaprzyjaźniony z nami ksiądz filozof, gdy ja i Adam dyskutowaliśmy z nim o różnej mocy wiary, jaka jest udziałem zarówno zwykłych ludzi, jak i pełnomocników Boga na ziemi. Ksiądz powiedział wówczas, uśmiechając się ze smutną zadumą:

– … bo niektórzy mają ptaka, którego biorą za Ducha Świętego.

Ten z lustra, przez swą niezwykłą świetlistość, przypominał coś więcej niż zwykłego ptaka… Jego pojawieniu się towarzyszyła zagadkowa jasność; zdawało mi się też, że słyszę odległą i niezwykłą muzykę. Ale być może było to tylko złudzenie. Każdy kto by Go ujrzał, pomyślałby… Nie, nie wiem, co by pomyślał. Wiem, co myślałam ja. Że to nie jest tylko Ptak…

Kotyk stał w ogromnym napięciu, wpatrując się w lustro i najwyraźniej mając nadzieję, że Ptak ukaże się w całej okazałości. „Przecież koty polują na ptaki” – pomyślałam z niepokojem, lecz zaraz uznałam tę myśl za głupią. W ślepiach Kotyka, wlepionych w niewyraźny kształt, nie jarzył się instynkt walki, ale… miłość? Uwielbienie? Obraz, choć drgał i zmieniał natężenie światła, nie przybrał jednak wyrazistszej postaci. Ciągle był zaledwie szkicem, obrysem, świetlistą kreską…

Bez zdumienia ujrzałam, że Jonyk wyciągnął ku Ptakowi rączki i płynął w stronę lustra. Pełen napięcia Kotyk był już przy nim i grubą łapą dotknął powierzchni zwierciadła, jakby chciał sprawdzić, czy da się przez nią przeniknąć. I wówczas stało się coś, co przyprawiło mnie o niezrozumiały ból: obraz zmętniał i zniknął. Poczułam głęboki i dotkliwy żal.

Kotyk opuścił duży łeb. W jego ślepiach dostrzegłam tęsknotę za świetlistym Ptakiem. Moje Dziecko, też wyraźnie rozczarowane, odpłynęło ku środkowi komnaty. Kotyk westchnął jak człowiek, a nie kot, i przeszedł do trzeciego lustra. To trzecie właśnie zaczęło się rozjarzać, a mnie udzieliło się napięcie, z jakim zwierzę i Dziecko czekali, co się w nim ukaże. Ale w Dziecku wyczuwałam głównie zaciekawienie, za to w Kotyku niepokój; jakby z góry znał obrazy, które mogą ukazać się w lustrach, i obawiał się, co nas czeka – zła czy też dobra niespodzianka. Przypomniało mi się, jak w muzeum w Luwrze szłam ku ścianie pełnej obrazów, myśląc, iż zaraz ujrzę słodkie niebo Rafaela, a zobaczyłam straszliwą wizję piekła Hieronimusa Boscha.

…w trzecim lustrze światło i kształty nabierały coraz większej mocy. W pewnej chwili wydało mi się, że obraz, który rodził się z kolorowych punkcików, przypomina… talię kart! Pomyślałam, że są to karty do tarota – i nie wiem, skąd to wiedziałam, gdyż nigdy nie interesowałam się wiedzą magiczną. A teraz nagle miałam świadomość, że tarot to nie jest taka ot, zwykła gra, jak kierki, brydż czy makao. Tarot to MÓWIĄCE KARTY; decydujące o naszym Losie. Karty do tarota to magia…

Te, które wyłaniały się z lustra, były w dodatku kartami… żywymi. Nie, to przecież nie były karty! Teraz były to różne postacie i figury. Osoby i rzeczy. A Kotyk odsunął się od lustra, jakby szklana ściana go oparzyła. Im bardziej obraz nabierał wyrazistości, tym bardziej Kotyk starał się znaleźć jak najdalej i wędrował ku czwartej ścianie. Tymczasem obraz w trzecim lustrze nasycił się barwami i stał się równie prawdziwy jak ja, Dziecko i Kot.

W centrum trzeciego lustra stała teraz Cesarzowa. Skąd wiedziałam, że to jest Cesarzowa? Z diamentowej korony na miedzianych włosach? Z bogatej sukni i purpurowego płaszcza, który spływał jej z ramion? Z majestatu, jaki od niej bił? Przecież równie dobrze mogła być Księżniczką czy Królową, lub nawet zwykłą kobietą, przebraną na kostiumowy bal. Ja jednak miałam pewność, że to Cesarzowa.

Tuż koło Cesarzowej stał Cesarz, lecz mimo ozdobnego stroju i wysokiej postury wywierał mniejsze wrażenie niż jego małżonka. Wyczułam, że w cesarskiej parze to ona rozdaje karty. Najbliżej cesarskiej pary znajdował się Mag. Poznałam go od razu po czarnym ubiorze i obszernej pelerynie, którą szczelnie się owinął. Mimo kaptura na głowie, można było dostrzec chorobliwą wręcz bladość jego nieprzyzwoicie chudej twarzy. Czarny Mag, pomyślałam, symbolizuje zatem złą, czarna, magię. I natychmiast zdziwiłam się, skąd o tym wiem. Przecież nigdy nie interesowałam się magią!

Wokół tej trójki tłoczyli się dworzanie, przynajmniej dwudziestu. A wszyscy razem wpatrywali się w nas z mieszaniną ciekawości i – niechęci. Tymczasem lustrzana ściana powoli przestawała być obrazem, czymś na kształt gigantycznego telewizora, a stawała się rzeczywistością. Dzieląca nas szklana przegroda najwyraźniej znikała…

Kotyk, cały drżąc, oddalił się i pełen niecierpliwości stał już przed czwartą ścianą, w rozpaczliwym napięciu na coś czekając. Na powrót Ptaka? Ale czwarte lustro było matowe i martwe. Ba, ono nie odbijało nawet nas!

– Dość tego – powiedziała nagle Cesarzowa. – Jak długo mamy na was czekać? My, władcy tej krainy, mamy czekać na swych poddanych? Doprawdy, nie przywykliśmy do czekania… Z Lustrzanej Komnaty wiedzie tylko jedna droga i prowadzi do nas. Szukanie innych jest niebezpieczne. Chyba wiesz o tym, Kocie?

Cesarzowa wykonała dłonią niewielki gest. Paru dworzan postąpiło naprzód i… bez żadnych przeszkód znaleźli się w komnacie! Zanim zdołałam zareagować, dworzanie już schwycili Kotyka, Dziecko i mnie, i oto staliśmy w trójkę raptem dwa metry od Cesarzowej. To znaczy, ja nie tyle stałam, ile szamotałam się z dworzaninem, który trzymał moje Dziecko.

– Oddaj je! – wołałam z oburzeniem. – Jestem jego matką! Jakim prawem w ogóle go dotykasz?!

– Czyżbyś była królową w swojej krainie, że mówisz do moich dworzan takim tonem? – spytała drwiąco Cesarzowa.

– Tak, jestem królową, a moje królestwo jest równie duże jak twoje – odparłam po namyśle. „Czemu nie? Może wtedy, wśród tych koronowanych głów, będę miała większe szansę?” – pomyślałam, zdziwiona swoją bezczelnością. – Jestem królową, a to jest mój syn, Jonyk. I mój Kot – dorzuciłam po chwili.

– Wasza Dostojność, bezczelność tej niby-królowej przekracza wszelkie granice – powiedział nagle Mag, lecz Cesarzowa uśmiechnęła się pobłażliwie.

– Może w twoim świecie jesteś królową i być może niemowlę, które tańczyło w lustrzanej komnacie, jest twoim synem, lecz ten Kot był i jest NASZYM KOTEM – powiedziała i półgłosem zagadnęła Maga: – Ciekawe, że ten Kot ciągle żyje…?

– Koty, Wasza Dostojność, mają twardy żywot, lecz Nauczyciel mógł lepiej się spisać – powiedział Mag.

– Nie o to cię pytałam – odparła ozięble Cesarzowa. – Oddajcie tej królowej jej Dziecko – wydała rozkaz dworzanom.

Natychmiast przytuliłam Jonyka do siebie, w chęci bronienia go, choć nie sprawiał wrażenia, że się boi. Nawet się do mnie nie przytulił po niemowlęcemu, ale obracał główką na wszystkie strony, wodząc dookoła zaciekawionymi oczami – zielonym i błękitnym. Tymczasem Cesarzowa spytała niecierpliwie:

– Czy jest tu gdzieś Jod?

Dworzanie rozsunęli się i spośród ich barwnego tłumu wyodrębniłam chudego, wysokiego starca o mocnej, żylastej budowie, który mimo wieku wydał mi się niezniszczalny.

– Jestem, o Pani – powiedział i wysunął się przed dworzan, kilka kroków od Cesarzowej. Cesarz uśmiechnął się do niego w serdecznym błysku oczu, jakby go znał i lubił.

– Jod, to ty byłeś odpowiedzialny za zajęcie się tym bezczelnym, kłamliwym Kotem? Wszak wiesz, że powzięliśmy podejrzenie, iż brał udział w porwaniu księcia? – spytała Cesarzowa, marszcząc gniewnie brwi i patrząc z niezadowoleniem to na Joda, to na swego cesarskiego małżonka. Chyba nie spodobała się jej sympatia, okazywana tak jawnie starcowi.

– Tak, Pani. Gdy wydałaś rozkaz, aby zniknął na zawsze sprzed twoich oczu, postanowiłem go utopić. Jak zapewne wiesz, koty nie cierpią wody. Zatem wrzuciłem go do wielkiej kadzi z deszczówką. Jeśli mimo to nadal żyje, uratował go chyba cud… – odparł Jod z niezmąconym spokojem.

– Cud lub Gimel, gdyż ten Kot na pewno jest jej sługą – wtrącił się nie pytany Mag, i Cesarzowa po raz wtóry spojrzała na niego gniewnie. Ale jej spojrzenie zaraz powędrowało ku Kotu, i w tych pięknych, czarnych oczach dostrzegłam zimną nienawiść.

– Jesteś fałszywym i bezczelnym oszustem. Przyczyniłeś się do tragedii naszego syna. A teraz dla sobie tylko wiadomych interesów zwodzisz nas od wielu miesięcy. Wmawiasz nam, że go uratujesz i przyprowadzasz coraz to innych ochotników. Wszyscy okazali się niewiele warci, jak ty i twoje obietnice… – zaczęła Cesarzowa twardym głosem, ale Kotyk, ku memu zdumieniu, ośmielił się jej przerwać:

– Byłem i jestem Kotem syna Waszej Cesarskiej Mości. Wasza Wysokość dobrze wie, że urodziliśmy się w tym samym dniu, o tej samej godzinie i że Los związał nas ze sobą na zawsze. Wasz syn kocha mnie, a ja jego. Staram się ze wszystkich sił, aby mu pomóc. I będę tak długo próbował, aż uda mi się go znaleźć. Zaprzestane ratować go dopiero w chwili mej śmierci, choć i to nie jest pewne, gdyż nigdy nie wiadomo, co naprawdę jest śmiercią, zwłaszcza w przypadku kotów takich jak ja…

Wcale nie zdziwiłam się, że Kotyk umie mówić. Już w ogóle nic mnie nie dziwiło. Nagle poczułam, że jestem przygotowana na każdą, nawet najbardziej nieprawdopodobną niespodziankę. Dwumiesięczne Dziecko, które mówi, Kot, który i mówi, i myśli, i maszeruje na tylnych łapach; niezwykła podróż w kosmosie, cesarski dwór… Wszystko to wydawało mi się naturalne i chciałam tylko wiedzieć, czy ufać powinnam Cesarzowej – czy jemu. Cesarzowa mówiła, że to niesamowite zwierzę jest oszustem, lecz ono zaklinało się, że kocha jej syna, którego spotkało jakieś nieszczęście. Ale jeśli ten Kot jest fałszywy, jak wszystkie koty – co głosi zdroworozsądkowa część mieszkańców ziemi? No bo w jakim celu ściągnął nas tutaj, narażając na nieznane niebezpieczeństwa? Byłaby to prawdziwie wredna kocia robota. I czego ten Kot od nas chce…?

Cesarzowa tymczasem znów zabrała głos:

– Czy to są ochotnicy numer siedem? – spytała ostro Kotyka.

– Tak – odparł, patrząc na Cesarzową błękitnym okiem, a zielonym zerknął na mnie i Jonyka. Już chciałam zaprzeczyć, że nie jestem żadnym ochotnikiem, a tym bardziej nie może nim być dwumiesięczny niemowlak, gdy Cesarzowa zawołała:

– Sześcioro nas zawiodło! Sześcioro przyprawiło nas o cierpienie, stwarzając nadzieję, której nie ma! Tych sześcioro przyprowadziłeś ty, Kocie, bo liczyłeś, że zgarniesz nagrodę lub ocalisz swoje marne życie. Gdyż podejrzewamy, że to właśnie ty maczałeś swoje pazury w zniknięciu naszego syna. Wszyscy wokół nie wątpią, że jesteś sługą Gimel, a nie naszym czy naszego syna. Tamtych sześcioro przegrało, mimo że byli książętami lub szlachetnymi rycerzami, a do pomocy mieli uzbrojone sługi. Pięcioro z nich wycofało się w porę, szósty zginął w niewiadomych okolicznościach. A teraz, głupi Kocie, przyprowadzasz mi niemowlę i słabą kobietę, która twierdzi, iż jest królową, choć ubrana jest jak żebraczka… Szydzisz sobie ze mnie?! Skoro tak, robisz to ostatni raz! Natychmiast zakuć ich w dyby! Potem pomyślimy, co z nimi zrobić!

Najpierw zamarłam, a potem chciałam, wraz z Dzieckiem, rzucić się do ucieczki. Ale dokąd?! Gdzie miałam uciekać? Nigdzie nie widziałam drugiej strony zwierciadlanej ściany. Zapomniałam nawet, w którym kierunku jej szukać. Wszędzie wokół roztaczała się nieznana mi przestrzeń, będąca częścią równie nieznanego miasta. A tymczasem już otoczyli nas cesarscy dworzanie, pilnując, abyśmy nie uciekli. Spoza nich wysunęli się uzbrojeni giermkowie, których wcześniej nie dostrzegłam. I dosłownie w przeciągu kilkunastu sekund od wydania przez Cesarzową rozkazu – ja, Dziecko i Kotyk zostaliśmy schwytani w mocny i bolesny uścisk obcych dłoni!

Cesarzowa wraz z dworem szybko oddalała się, giermkowie zaś powlekli nas w przeciwną stronę. Tylko starzec o imieniu Jod przystanął na moment, spoglądając ku nam wzrokiem, w którym wydawało mi się, że dostrzegam współczucie i sympatię. Ale mogło to być tylko złudzenie.

Po chwili męczącego przemarszu nieznanymi, opustoszałymi uliczkami znaleźliśmy się na wielkim placu, otoczonym bogatymi budowlami, nad którymi górował ogromny, uderzająco piękny zamek. Ale dla mnie miał on w sobie coś złowieszczego. Jednak nie miałam czasu bliżej mu się przyjrzeć, gdyż moją uwagę przykuły charakterystyczne, znajdujące się na placu dębowe dyby. Nie pomogła szarpanina ani moje wrzaski (Kotyk cały czas milczał i nawet nie miauknął). Jonyka wydarto mi z objęć i już po chwili każde z nas trojga tkwiło w oddzielnych dybach. Głowy mieliśmy unieruchomione ciasną drewnianą obrożą, a ręce (w przypadku Kotyka – przednie łapy) wsadzone w wąskie otwory. Cóż z tego, że nogi pozostawiono nam wolne, skoro nie mogliśmy się ruszyć nawet na krok!

– Coś ty narobił, Kotyku… – wyjąkałam, patrząc z przerażeniem na Dziecko. Mój ukochany synek, malutkie i bezbronne niemowlę, tkwił unieruchomiony w dybach, na wielkim placu nieznanego miasta, u stóp groźnie wyglądającego zamku, w obcym świecie! Być może póki Cesarzowa nie wymyśli czegoś innego – oby nie gorszego niż to! – ja jakoś przetrzymam, bo jestem silną, wysportowaną kobietą. Zapewne wytrzyma i Kotyk, bo koty – jak słusznie powiedział ten jakiś Mag – mają twardy żywot. Ale dwumiesięczne niemowlę po prostu umrze…

I wtedy obudziłam się.